Podróż do Quito, która mogła zakończyć się aresztem…

W poprzednim wpisie o powrocie do Ekwadoru, opisałem jak zamierzam wrócić do Quito. Jak to zwykle bywa, plan się zderzył z rzeczywistością i podróż mogła zakończyć się bardzo nieprzyjemnie w zupełnie innym miejscu.

BIlet do Ipiales

Z Cali wyjechałem po 17 i o 5 rano dojechaliśmy do dworca autobusowego w Ipiales, miejscowości przygranicznej Ekwador-Kolumbia.

Bezproblemowo złapałem taxę do granicy i załatwiłem pieczątkę wyjazdową po stronie Kolumbijskiej. W minutę osiem mogłem już przejść się do Ekwadoru po kolejną pieczątkę.

Do budynku imigracyjnego drogę zablokowało mi dwóch ekwadorskich policjantów i zaprosili do siebie. Niestety nie na kawę i ciasto, ale na przeszukanie. Normalnie poprzednie kontrole były bardzo szybkie, zazwyczaj 5 minutowe. Tym razem trafiłem na pasjonata swojej pracy lub kogoś bardzo znudzonego poranną służbą.

img_20160621_111638

Wprowadził dodatkową entropię(chaos) w moich plecakach, wszystko wyrzucił, sprawdzał dosłownie każdą rzecz i zadawał dużo pytań. W pewnym momencie natrafił na liście koki, które kupiłem pół roku wcześniej. W Kolumbii, Peru można legalnie je posiadać na własny użytek i np. naparzyć herbaty, którą polecam spróbować 🙂

Wracając do tematu… posiadanie liści koki jest zabronione w Ekwadorze i zostałem przemytnikiem.

Upsss… powiedział i pokazał, że może mnie już zaaresztować.

Już sobie przypominałem odcinki Prison Break i wszystkie filmy więzienne jakie oglądałem.

Szukał dalej, w międzyczasie pojawił się jego bardziej sympatyczny kolega i pytał się co się stało, zapytał się mnie skąd jestem i powiedział, że kojarzy Polańskiego.

Ten mniej sympatyczny zapytał się, czy mam ze sobą nóż. Miałem jeden wojskowo-survivalowy ze sobą, bo to bardzo uniwersalne narzędzie… i była to kolejna nielegalna rzecz jaką posiadałem. Stałem się recydywistą.

Miałem przy sobie jeszcze policyjny gaz, bo nigdy nie wiesz kiedy spotkasz złoczyńców na swojej drodze. Okazało się, że gaz pieprzowy może posiadać tylko policja. Potrójna recydywa….

W międzyczasie przeszukiwania kilka razy pokazał mi ręce, które mi skuje kajdankami.

Skończył inspekcję, po dłuższej chwili spakowałem z powrotem pierdyliard rzeczy i byłem już gotów na stawienie czoła ślepej sprawiedliwości. Doszliśmy do drzwi, otworzył mi je. Zdziwiłem się, bo mnie nie zakuł. Wskazał ręką biuro imigracyjne i powiedział, że mogę już iść. Ufff.. ale ulga.

Wyszedłem z kontroli uboższy o przedmioty recydywy, policjant skonfiskował mi liście, nóż i gaz. Z tego co zauważyłem, to nóż najbardziej mu się spodobał i chyba potraktował go jako łapówkę.

Potrzebowałem jeszcze pieczątki wjazdowej, aby móc w końcu opuścić granice i wsiąść w autobus do Quito. Czekając w kolejce, spotkałem Kolumbijczyka z Cartageny De Indias, który podobnie jak ja, jechał w tym samym kierunku. Zgadaliśmy się bardzo szybko i znalazłem kompana na kolejne dni.

Z miasteczka przygranicznego – Tulcan, już przy wychodzeniu z taksówki zagadał do nas naganiacz autobusowy, proponując bilet do Quito. Cóż, zgodziliśmy się jechać za 7 dolarów(walutą w Ekwadorze jest dolar amerykański).

Na autobusie był mój ulubiony piktogram – wifi i wielka postać Jezusa Chrystusa. Wifi było, ale zaawansowana technologia południowo-amerykańska nie dostarczyła internetu.

Jadąc autobusem niemal na każdym przystanku do autobusu wsiadają sprzedawcy niemal wszystkiego, od napojów, lodów, przekąsek, gorących posiłków po galanterie skórzaną. Nie trzeba wcześniej kupować zapasów na podróż, bo wszystko co potrzeba można kupić

img_20161123_102033

Po kolejnych godzinach szczęśliwie dotarliśmy do hostelu i uczciliśmy przyjazd wielką pizza 🙂

Wilson - kolega z Kolumbii

One thought on “Podróż do Quito, która mogła zakończyć się aresztem…

  1. Dobry wpis! Zajrzałem z ciekawości, nie spodziewałem się, że historyjka będzie okraszona ciekawostkami takimi jak ten nóż i liście koki, ale miło się zaskoczyłem. A pasjonatem travel blogów nie jestem.

Dodaj komentarz